Loading

ultra zmiany, czyli nie bój się nieznanego!

Kiedy kilka lat temu zalegałem na kanapie, przewracając się z boku na bok, niby było bardzo wygodnie i komfortowo ale coś jednak od czasu do czasu mnie uwierało. Nie była to jednak żadna sprężyna, ani wystające żebro, bo zarówno kanapa jak i moja otoczka tłuszczowa były bardzo grube i miękkie. Te proporcje sprawiały wręcz, że kanapa i ja byliśmy jednością. Ukłucie pojawiało się znienacka, np. gdy przeglądałem swoje stare zdjęcia z zawodów triathlonowych oraz wówczas te aktualne, z zawodów picia piwa na czas. Kuło, gdy przeglądałem fejsa, na którym coraz więcej znajomych chwaliło się swoimi aktywnościami sportowymi i uśmiech nie schodził im z twarzy. Nie to, że zazdrościłem im tego banana, bo na mojej twarzy też bywał, może nie tak widoczny i ładny jak u innych ale był. Ba! Śmiałem się nawet, gdy kupowane w sklepie ubrania, bez mierzenia –  na tzw. oko, okazywały się po przyjściu do domu, po raz kolejny za małe! To było naprawdę śmieszne, wręcz pękałem ze śmiechu, zarówno w sensie dosłownym jak i przenośni. Aż dobiłem do 127 kg! Wówczas śmiech zaczął pojawiać się przez łzy, gdy ból w połamanym kiedyś kręgosłupie nie pozwalał na normalne funkcjonowanie lub, gdy niosąc na rękach roczną córkę na parter, musiałem robić krótki postój. Dlatego najlepiej czułem się na swojej kanapie albo w fotelu w pracy! Na nim nic nie bolało i mogłem z tego fotela pokazać, że jestem niezły, że coś potrafię, robię to szybko z dobrymi efektami. Krótko mówiąc byłem przodownikiem pracy i wydawało mi się, że jestem w samym centrum wszechświata. Media potrafią zawrócić w głowie 😉

Jednak raz leżąc na kanapie coś mnie ukuło mocniej i to był ten moment, gdy wszystko się zaczęło od nowa. W głowie coś przeskoczyło. W amerykańskim stylu wyjechałem na obóz dla grubasów w góry i okazało się, że tego co do szczęścia w ostatnim czasie mi brakowało, to był właśnie ruch i góry. Zaległości jak na siebie postanowiłem odrobić w tempie ekspresowym. Przypomniałem sobie o istnieniu wielu pasm górskich w Polsce i zapragnąłem je odwiedzać biegusiem. Po drodze postanowiłem sobie przypomnieć jak smakuje triathlon i spróbować sił w pierwszym maratonie. Zszedłem poniżej 100 kg. Dalej byłem gruby ale znów poczułem wiatr w żaglach. By móc trenować więcej nauczyłem się tak gospodarować czasem, by pustych przelotów taczek było jak najmniej. W pracy odkryłem, że nie jestem niezastąpiony, co do tej pory wydawało mi się pewnikiem. Okazało się, że wiele osób oprócz mnie potrafi coś zrobić tak samo dobrze, a może nawet i lepiej. Starałem się być mniej czepialskim szeryfem. Dawać większą swobodę tym, których pracę kontrolowałem.

Skończyłem swój pierwszy Bieg Rzeźnika. Mimo, zmasakrowanych nóg, bo biegłem w zwykłych butach na asfalt, byłem najszczęśliwszym gościem na świecie! Eksperci wróżyli mi, że nie zmieszczę się w limicie czasu. Nie wiedzieli jednak, że jestem typem sk….syna, który oprócz tego, że potrafi wymagać od innych, wymaga też od siebie. Na mecie nasz team zameldował się 2 godziny przed limitem czasu. Kolejne starty to poprawianie wyniku, aż wreszcie wejście do rzeźnickiej elity Hardcorów – osób które w czasie klasycznego 80 km biegu, kończą dystans o 20 km dłuższy!

W między czasie startowałem w wielu biegach górskich. W tym ukończyłem jako jeden z trzech pierwszych zawodników – epicki, przecierający innym szlaki wyścig – Hardą Sukę. Jest to ponoć jeden z najtrudniejszych triathlonów na świecie. Dla mnie był to kolejny kamień milowy. Prawie 36 godzin na trasie! Walka z głową w trakcie 4,5 km nocnego pływania. Walka ze skurczami i sprzętem podczas 225 km na trasie rowerowej, wiodące wokół Tart. Na koniec 55 km po tatrzańskiej grani, gdzie w deszczową noc musiałem zmierzyć się ze swoimi największymi demonami. Halucynacje i wyciśnięcie z organizmu ostatnie waty mocy, sprawiły że od tego czasu moje priorytety, patrzenie na codzienne życiowe sprawy, trochę zmieniły.

W pracy jestem bardziej efektywny, choć spędzam w niej mniej czasu. Staram się być bardziej wyrozumiały, irytuje mnie jednak, gdy osoby dookoła koncentrując się na błahostkach, tracą swój i mój czas, zamiast patrząc perspektywicznie i posuwać rzeczy do przodu. To czego już mnie nauczyło ultra, to to, że nie można zbytnio patrzeć pod nogi. Wystarczy tylko zerkać. Wyznacznikiem i celem dla ultrasa jest szczyt lub horyzont! Patrząc pod nogi można się tylko potknąć, a w między czasie dodatkowo ominą Cię piękne widoki. Patrząc w dal widzisz wschody i zachody słońca, wysokie ośnieżone szczyty i rozległe zielone doliny. Masz czas na przemyślenie najlepszej drogi, żyjesz tą drogą. Sam nią jesteś. Patrząc w dół skupiasz się tylko na tym jak postawić nogę, który kamień ominąć, jak nie wdepnąć w błoto, a finalnie zazwyczaj i tak zaliczasz spektakularną glebę w kałuży. To męczy i nie sprawia przyjemności. Tak samo jest w pracy i w życiu.

 

W między czasie pojawił się swimrun. Jako pierwszy polski team wraz z moim rzeźnickim partnerem Rafałem Bebelskim, moim zdecydowaliśmy się wystartować w tych wymagających zawodach. Swimrun to połączenie biegu i pływania na długich dystansach. Totalne zespojenie z naturą ale jednocześnie baczne obserwowanie drugiej osoby. Zawody te bowiem kończy się w dwuosobowym zespole, a jak wiadomo każdy zespół jest tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo. Problem na długich trasach w sportach multidyscyplinarnych jest jednak taki, że nigdy nie wiesz, kto kiedy będzie tym słabszym ogniwem. Trzeba zatem poruszać się najszybciej jak się da, z uwzględnieniem słabszych chwil swojego partnera. My jak na debiutantów poruszaliśmy się szybko. FILM ROCKMAN Może dlatego, że dla mnie zawsze liczył się człowiek. Zarówno w życiu jak i pracy. Tak samo zauważyłem jest w świecie ultra. Gdy w 2015 r. przyjechałem na swój pierwszy Zimowy Ultramaraton Karkonoski, ucieszył mnie bardzo widok hasła na zderzaku, należącego do organizatorek PocoLoco busa – „Najlepszą inwestycją jest człowiek”. Wtedy byłem już w 100% pewien, że świat ultra to moja bajka.

Trzy lata później, dojrzewam do tego, by zmienić pracę. Wykonywałem ją od prawie 18 lat. To szmat czasu, dużo przyzwyczajeń, sprawnie działających schematów, krótko mówiąc kawał życia. Nie ukrywam dawała mi ona stabilizację finansową ale w formie w jakiej to robiłem ostatnio, przestała być fajna. Zacząłem się dusić i czuć, że to nie jest moje miejsce. Zatem tak jak przed biegiem ultra, zerknąłem na mapę, spakowałem plecak, uzupełniłem bukłak i na początku tego roku ruszyłem w nieznane. Spróbować znaleźć złoty środek między pracą, rodziną i frajdą z życia. Wiem, że muszę zainwestować w siebie. Przestać bać się zawodowo – czy dam radę? Mieć więcej czasu dla siebie, bliskich i na realizacje pasji. Chce być znowu w pełni szczęśliwym człowiekiem, bo zauważyłem, że jak nie jestem szczęśliwy, to nie potrafię tego szczęścia dać innym! Co z tych zmian wyjdzie? To się okaże 🙂 Instynkt jednak nigdy mnie nie mylił, więc wierzę, że będzie dobrze!

Zarabianie kasy, wykonywanie tych samych zadań i patrzenie tylko pod nogi, nie daje mi satysfakcji. Wykonywanie karnie poleceń osób, które na mojej robocie znają się gorzej niż ja, też mnie nie bawi, a kulenie ogona i nieszczere potakiwanie, niezgodne jest z moim charakterem. Mogę dla kogoś pracować ale ten ktoś nie może mieć mnie na własność. Może brzmi to buńczucznie ale to co robię, lubię robić dobrze. No, a jeśli dodatkowo mam do tego odpowiednie narzędzia i zgrany zespół, bo zespół dokładnie tak jak support w zawodach ultra jest szalenie istotny – robię to zawsze najlepiej jak umiem. Nie wiem czy ktoś z pracujących ze mną na przestrzeni tych lat to przeczyta ale jeśli tak, to za dobre rzeczy wielkie dziękuję. Było w końcu śmiechu co nie miara – nawet, gdy groziło to wybuchem mojego wielkiego brzucha. Za gorsze momenty przepraszam, bo wiem że i takie bywały. Najważniejsze jednak, by umieć sobie na koniec spojrzeć w oczy i napić się wspólnie piwa, choć widzę, że nie wszyscy są tego samego zdania 😉

Co będę teraz robił..? Czas pokaże. Nie przekreślam pracy w telewizji, bo nauczyła mnie bardzo wiele i wiele jej zawdzięczam. Może zajmę się jej pokrewnymi rewirami. Wewnętrznie jednak czuję, że to moment na większe zmiany. Dojrzałem też do tego, że się ich nie boję! Wiem, że zmiany są potrzebne, bez nich stalibyśmy w miejscu. A ja nie chcę dłużej w nim stać i tracić życia. Jeśli nie zaryzykuje teraz, to później będzie trudniej albo wręcz za późno! Dlatego spróbuję ogarnąć się u siebie na wsi, tak by móc gościć tam osoby myślące podobnie jak ja, które czują w sobie głód natury, lubią odpocząć patrząc w ogień. Mają dość bezsensownego gonienia króliczka. Postaram się swimrun ściągnąć do naszego kraju. Będę się więcej uśmiechał. Mam też sporo wyzwań przed sobą, związanych ze sportami wytrzymałościowymi. Oczywiście będą one, jak zwykle bardziej w stylu oblężniczym, niż sportowym ale na pewno udowodnią, że warto mieć marzenia i że czasem trzeba mieć odwagę, by powiedzieć sobie NO TO GO!      

Trzymajcie Kciuki!

 

LEAVE A COMMENT