Loading

Zimowe testy Dobsoma i Icebuga w Karkonoszach

W górach zima w pełni. Plany na nowy sezon dosyć ambitne, więc wiadomo, że robiąc tzw. siłę sporo czasu spędzę na lodzie, w śniegu i na mroźnym wietrze. Warto zatem się doopatrzyć w niezbędny sprzęt. Stara odzież termoaktywna wyczuwalna jest już z daleka, buty nie spełniają standardów bezpieczeństwa. Z pomocą przyszedł skandynawski partner Dobsom i Icebug. Ten pierwszy wyposażył mnie w bieliznę termiczną, zimowe spodnie i lekką ocieplaną i wiatroodporną kurtkę do biegania. Ten drugi natomiast dał się przekonać, że buty goretexowe w moim przypadku, nie są najlepszą opcją i na długie zimowe wybiegania zaoferował mi model Phyto4 M Bugrip z 16 karbidowymi kolcami. Tak więc ostatni weekendowy wypad w Karkonosze upłynął pod hasłem testów w terenie.

Jako, że dopiero po dłuższej przerwie wracam do systematycznych treningów nie mogłem przeszarżować z trasą i treningiem. Trasa Karpacz – przez Strzechę Akademicką, Śnieżkę do Schroniska na Przełęczy Okraj nie jest jakoś bardzo wymagająca. Jednak jak na pierwsze porządniejsze zimowe bieganie całkowicie wystarczające.

Co na sobie miałem:

Skarpety Seger Running Mid Comfort

Buty Icebug Phutyo4 M Bugrip

Bielizna termoaktywna Dobsom (bluza z długim rękawem)

cienka wiatrówka Newline

I spodnie zimowe Dobsom R-90 Winter – kultowa zimowa wersja, tych z kieszonką na przedniej części uda.

Na głowie zwykły buff, a na rękach – rękawiczki ogrodowe znalezione w samochodzie kolegi Tomka Sakuty, z którym razem biegliśmy. Oczywiście miałem też zimowe narciarskie rękawice, spakowane po ciemku przed wyjazdem, no ale przecież w takich bym się ugotował biegnąc, więc włożyłem je na wszelki wielki do plecaka. No właśnie, a na plecach – nieporozumienie – nigdy wcześniej nie testowany plecak Dynafita z Biegu Ultra Granią Tatr. I nie mówię, że plecak jest do dupy. Do dupy jest to, że nigdy wcześniej nie miałem go na sobie i nawet nie znałem układu kieszeni, ich wielkości, rozmiaru samego plecaka.

Gnany jednak czasem, bo startowaliśmy późno, a chcieliśmy trasę pokonać przed zmrokiem, narzuciłem plecak na siebie i nic nie regulowawszy okazało się, że jest za mały! Dużo za mały, a jego pojemność też zostawiała wiele do życzenia, zapasową kurtkę, podpiąłem zatem niedbale pod plecak i jak juczny wół ruszyłem w górę.

Nie jestem częstym gościem w Karkonoszach. Choć ostatnimi laty dzięki Zimowemu Ultramaratonowi Karkonoskiemu i Karkonoskiemu Festiwalowi Biegowemu – Chojnik, kilkaset kilometrów tam udało się przetruchtać. W piątek jednak w planie było tylko 15,5 km i raptem 1000 m. przewyższenia w górę i 700 w dół. 

Założenie pokonania trasy było świńskim truchtem. Jednak wiecie jak to jest, gdy spotyka się dwóch kolegów i każdy mówi, że będzie biegł na ćwierć gwizdka, a później co chwilę któryś próbuje tak dla pokazania who’s the boss pociągnąć trochę mocniej 😉

Początek trasy kostka brukowa, przez kolce w podeszwach wydaję dźwięk jak podkuty koń. Ludzie dziwnie na mnie zerkają. Później lekko ubity śnieg. A więc ja cichutko do góry myk, myk, myk. Tomek napierający na kijkach ma problem w utrzymaniu tempa. Oj jak bardzo chciałbym je teraz mieć, by móc jeszcze trochę przyspieszyć i udawać, że robię to wielkim luzie. Kijów jednak nie mam, musi mi wystarczyć tylko to, że Tomka stopa, nieuzbrojona w kolce, co jakiś czas się obślizguje po kilka centymetrów. Nie dając możliwości prawidłowego wybicia. Tak więc męcząc się trochę bardziej, nie porusza się tak dynamicznie. Mnie idzie i podbiega się dobrze. Kolce trzymają jak należy. To moje pierwsze doczynienia z tym ustrojstwem i jestem efektem podjarany. Trochę studzą mnie jednak kolejne metry, gdy ubita warstwa śniegu przykryta jest trzy, cztero centymetrową warstwą śniegu. Tu kolce nie za każdym razem sięgają twardego podłoża i nie mając się w co wbić, nie są już takim atutem. Teraz kije są „szybsze”. Później za Strzechą Akademicką na wysokości 1266 m. śniegu jednak już jest tyle, że ani kije, ani kolce nie dodają nic do szybkości. Tu liczy się już siła. Śniegu jest od do połowy piszczela, po kolano, a momentami po uda. Co krok nie wiesz na co trafisz. Wiejący wiatr ze śniegiem zaczyna ograniczać widoczność. 

Mijamy Dom Śląski, to tu podczas ZUK’a wiele osób traci cenne minuty i motywację do dalszego biegu. Wystarczy bowiem chwila, by ciepło schroniska i pomidorowej, w zbiciu widoku odkrytego i bardzo wietrznego podejścia na Śnieżkę, aż nadto studziło zamiary wystawienia nosa za drzwi. To tu zrobiono mi moje ulubione biegowe zdjęcie, gdy wcale nie biegłem 😉 Podczas najtrudniejszej jak do tej pory edycji ZUK’a. Spojrzenie mówi wszystko, a to dopiero półmetek.

zimowy ultramaraton karkonoski

foto: Biegajacy foto

Tym razem tu jednak nie stajemy. Atakujemy górę od razu. Wiejący wiatr do 90 km na podejściu wywiał puch, odsłaniając miejscowe oblodzenia. – 6 stopni na słupku rtęci, zamienia się teraz w odczuwalne -12. Jest rześko! Kilka pierwszych kroków i zastanawiam się co jest nie tak. But miał trzymać, a nie trzyma. Szybko jednak okazało się, że za słabo naciskam nogę, całą stopą, a nie tylko z palców. Szybka nauka, wchodzenia w nowych laczkach i znów spokojna głowa, że mam dobrą przyczepność.

A jak już jestem przy przyczepności, to musze też wspomnieć, że powoli przyczepiają się do mnie, a może raczej przymarzają ogrodowe rękawice do dłoni. Nie jest to przyjemne uczucie. Na szczycie Śnieżki, chowamy się od wiatru za obserwatorium. Ściągam łapawice z myślą o założeniu na zbieg tych narciarskich, skitranych na dnie plecaka. W między czasie szybka sesja zdjęciowa. Wszak trzeba światu ogłosić, że odbywają się tu profesjonalne testy, a nie jakieś tam pitu, pitu.

Wystarcza chwila i łapy nam obu grabieją dokumentnie. Tomek krzyczy, że sp…la. Podoba mi się to zdecydowanie i lecę za nim 🙂 Z tego wszystkiego zapominam ściągnąć sesyjnego fartucha i biegnę w nim na dół. Jesteśmy ubrani na sportowo, więc musimy się ruszać. Inaczej trzeba będzie z plecaka wyciągać cieplejsze ciuchy, a wtedy nici z biegania.

Długie paski fartucha majtają się w każdą stronę. Walą po oczach, przed którymi mam wizję, że dobiegnę do lasu i powieszą mnie na pierwszym napotkanym drzewie. Paluchy mam jednak tak zgrabiałe u rąk, że próby włożenia ich w odpowiednie dziurki w rękawiczkach są niemożliwe do zrealizowania. Udaje mi się włożyć pięści ale gumowych palców już nie. Lecimy w dół. Śnieg wali po oczach. Trasę znam dobrze, bo tędy prowadzi wspominany już ZUK ale jakoś dużo drzew. Wmawiam sobie, że może w marcu są one przykryte większą warstwą śniegu ale nie do końca w to wierzę. Tomek zapadając się po jajca w śniegu i plącząc w przysypanej kosówce też ma wątpliwości. Ktoś tu jednak już szedł, więc i my pójdziemy. Wbijamy się głębiej w pojedyncze ślady. Kierunek jest jednak dobry. Nie ma już co wracać. W palcach znów wróciło czucie. Udało się je włożyć do otworów. Sukces!

Patrzę na te rękawiczki i jakoś ich nie poznaje. Wystaje z nich etykietka rozmiar „S”. Już wiem o co chodzi – należą do mojej ośmioletniej córki. Oto uroki pakowania na pewniaka w nocy. Mówię to Tomkowi, a on się pyta, czy jak sobie zagrzeję ręce pożyczę mu ich na chwilę. Przypomniał sobie, że też ma małe rączki 😉 Dopiero teraz zauważam, że też ma wbite tylko pięści w cienkie biegowe rękawiczki. Akcję wymiany robimy od razu. Problem się ponawia. Tomek prosi, by pomóc mu wbić rękawice ale, gdy próbuję to zrobić. Krzyczy, że zaraz połamie mu palce. Znów udaje się tylko wbić pięści. Pocieszam go, że za 10-15 min wróci czucie. Patrzymy na siebie i w tej samej chwili mówimy ale obciach – że niby takie z nas HardeSuki. Biegniemy dalej. Nasz zielony szlak znów łączy się z czerwonym. Powoli się ściemnia, a mi w głowie pali coraz mocniejsze światełko z pytaniem? „W której szufladzie chłopczyku schowałeś czołówkę?”. Finalnie okazuje się, że była ze mną w plecaku. Co by nie wyszło, że aż taki jestem idiotą. Rękawiczki dziecka i ogrodnicze na zimowe bieganie – w zupełności wystarczą.

Jesteśmy już tak blisko, nie wyciągam światła. Docieramy do schroniska. Wcześniej jeszcze spotykamy trzy osoby, które pomyliły się schodząc ze Śnieżki i wbiły na zielony szlak. To ich ślady zmyliły nas. Uff mamy na kogo zwalić naszą wtopę. Śmichy chichy i za chwilę grzejemy się przy kominku w schronisku. 3 godziny. Tyle trwała nasza zabawa. Nie jest to jakiś wyczyn ale też nie taki świński trucht, jak na panujące warunki.

Szybkie podsumowanie testu.

Korpus jednak lekko mi przewiało. Pewnie to wynik, tego że na zbiegu mocno zwolniliśmy tempo i wilgotna bielizna, wychłodzona na szczycie Śnieżki, nie miała szansy rozgrzać już przemrożonego lekko cielska. W takich chwilach myślę, dobrze jednak, że mam jeszcze te zapasy tłuszczu. Spodnie spisały się elegancko. Założyłem je bez żadnej warstwy docieplającej na gołe ciało i było idealnie. Mimo, że nie są one mocno zwężane u dołu w głębokim śniegu nie nabierają go nogawkami. To pewnie zasługa silikonowego ściągacza. Na nogawkach mają też wysoki zamek, dzięki czemu można je też swobodnie w razie potrzeby, założyć na wyższe buty np. trekingowe. Liczę zatem, że dzięki nim mogę zapomnieć o problemie zimnych kostek, okładanych co i rusz śniegiem bądź lodem. Kanały wentylacyjne na kolanach idealnie oddają wilgoć, a tym samym, nawet brodząc w śniegu nie wpuszczają go do środka. Przód spodni jest lekko wiatro i wodooporny. Tylna ich część natomiast wentyluje. Tyłek zatem trochę może zmarznąć ale coś za coś. Bardzo są fajne. Tak więc chłopaki w rajtuzach żegnajcie raz na zawsze!

No i na koniec skarpety i buty. Skarpety za piętę. Ich wyższy odpowiednik testowałem już podczas wielu swimrunów i jestem ich fanem. Wszyte w nie włókna dri-realease błyskawicznie odprowadzają wilgoć, a włókna friction relief zapobiegają obtarciom i odcinkom. Oczywiście rzucam tymi nazwami, nie to, że taki mundy jestem ale tak pisze producent, ja tylko ślepo powtarzam ale wiem, że bez względu jakby to się nie nazywało. To działa! Testowaliśmy to wielogodzinnych zawodach swimrunowych, gdzie stopy mokre są cały czas!

Buty wielkie zaskoczenie na plus. Zapiętek przylegający but raczej z węższych ale bardzo stabilny, co zazwyczaj nie idzie w parze. Podeszwa środkowa stabilizuje piętę. Nie wiem która to podeszwa, bo się nie znam ale fakt taki, że jako dość mocnemu pronatorowi, miałem wrażenie, że tu nic mi nie ucieka i nie gibie się na boki. Śnieg był suchy ale mam wrażenie, że buty w zasadzie wcale nie nabrały wody. To bardzo cenne. Zresztą producent chwali się zastosowaną w nim powłoką Quickdry. I chyba trzeba mu wierzyć, bo buciory faktycznie po godzinie odstawienia do ciepłego pokoju, gotowe były na kolejny trening! Tak więc po Oribi kolejne buty ze stajni Icebuga, o których nie mogę powiedzieć złego słowa. Powiem krótko osobiście doświadczyłem tego, co kilka lat temu oglądałem na lekko przerysowanym filmiku promocyjnych Icebuga :).

LEAVE A COMMENT